|
Dlaczego Maryja milczała?
Uroczystość Bożego Narodzenia
Msza święta
Kościół św. Krzyża
25.12.2004 r.
Ewangelia z liturgii słowa dzisiejszej mszy świętej nie wprowadza nas bezpośrednio w scenerię stajenki betlejemskiej, ale stanowi głęboki, teologiczny opis całej historii narodzin Zbawiciela: Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Ewangelista wspomina także ludzi, którzy otworzyli swoje serca przed rodzącym się Mesjaszem. To ci, którzy z Boga się narodzili. Oni patrzyli na toczące się wydarzenia oczyma wiary i wierze byli posłuszni. Przede wszystkim należy wskazać tu na Maryję i Józefa. Bóg wszedł w ich życie z oszałamiającym wręcz planem zbawienia świata. Wszystko to było tajemnicze, szokujące, dziwne i po ludzku wręcz niemożliwe. Przyjęcie Bożych zamiarów wymagało zupełnego przekreślenia siebie i posłuszeństwa Bożym zamysłom. I oni tego dokonali. Ale nie chodziło tu jedynie o jakiś sprawdzian ich osobistej wiary. To było coś więcej niż tylko pytanie: podołają trudnemu zadaniu czy nie. Tu chodziło o życie Zbawiciela, który stał się w zupełności zależny od Maryi i Józefa, a któremu całkiem realnie zagrażało niebezpieczeństwo śmierci. Jezus zanim się narodził, już mógł być przecież zgładzony. Bowiem kiedy Józef dowiedział się, że jego narzeczona spodziewa się dziecka, stanął wobec niepojętego wyzwania. Po ludzku wszystko wskazywało na to, że Maryja popełniła cudzołóstwo. On wiedział, że za taki występek przewidziana jest kara ukamienowania. Józef jako mężczyzna został ugodzony w najczulszy punkt: jego ukochana, wybrana kobieta spodziewa się dziecka z kimś innym. Ten fakt był nie do podważenia. Ale w tym wszystkim była jeszcze jedna dziwna sprawa: dlaczego Maryja milczała? Aż się prosiło, żeby wyjaśniła wszystko Józefowi. Przecież Ona była napełniona Duchem Święty, Ona nosiła pod sercem Syna Bożego, Ona rozmawiała z Aniołem. Przerastała w tym wszystkim Józefa i wiedzą i godnością wybrania. Patrząc logicznie, po ludzku, powinna mu to wszystko wyjaśnić, uspokoić całą sytuację, tym bardziej, że Jej i poczętemu Dziecku groziła śmierć! Ale Maryja milczała. Ta kilkunastoletnia Dziewczyna wiedziała, że wybrany na jej męża i opiekuna Józef musi sobie z tą sytuacja poradzić sam. To było jego zadanie. Gdyby Maryja zaczęła Józefowi wszystko wyjaśniać i podpowiadać mu co ma robić, to faktycznie zaczęłaby kierować ich związkiem i całą sytuacją. A to było zadanie Józefa. I dlatego Ona nie mówiła na ten temat ani słowa.
Są takie sytuacje w życiu, i jest ich chyba wiele, że kobieta będąc przekonana, iż jest od męża lepiej zorientowana w sytuacji ich małżeństwa, że zachowuje się bardziej moralnie, zaczyna wyjaśniać, pouczać, kierować, po prostu rządzić w małżeństwie. I wydaje się to być całkiem logiczne i po ludzku w tej sytuacji wskazane. Tylko, że wtedy małżonek, powołany do pełnienia funkcji odpowiedzialnego ochroniarza rodziny, może łatwo stracić sprawność w pełnieniu swojej misji. Pan Jacek Pulikowski w jednej ze swoich książek wspomina rozmowę z pewną panią, która w poradni rodzinnej skarżyła się na skrajną nieodpowiedzialność swojego męża. Usłyszała wtedy pytanie: A co pani powierza jego odpowiedzialności? Pan mnie źle zrozumiał – odrzekła owa niewiasta – mąż jest nieodpowiedzialny. Ale co mu pani powierza? No nic, bo nie mogę. Przecież on jest nieodpowiedzialny! I kółko się zamyka. Przejmującą historię opowiedział kiedyś jeden z włoskich biskupów. Kiedy na obiedzie u Ojca św. wspomniał przejęty, że spotkał na rzymskiej ulicy żebrzącego, bezdomnego księdza, który opuścił szeregi kapłańskie, papież natychmiast kazał przyprowadzić go do siebie i podjął go obiadem. Potem rozmawiał z tym pogubionym kapłanem, pytał o jego los, a na końcu poprosił, by on – papież – mógł się u tego księdza żebraka wyspowiadać. Po tym wydarzeniu ów kapłan wrócił do normalnego życia. Bo nie nasze wywyższanie się a mądra pokora może podnieść tych, którzy pogubili się w swoim powołaniu. Przecież sam Bóg, aby nas podnieść z grzechu, uniżył się przed nami.
Maryja zaufała Bogu, który dał jej takiego człowieka i zaufała samemu Józefowi. Nie prawiła mu kazań, nie dawała wytycznych. Jej czysty wzrok mówił tylko zapewne: domyślam się Józefie, co przeżywasz, ale ufam ci. Ufam, że nie pozwolisz bym zginęła. Ja i moje Dziecko.
I w tej sytuacji Józef postanowił oddać życie za Maryję. Postanowił ją oddalić. To ocaliłoby Matkę Bożą, ale on sam byłby wyklęty w swojej społeczności na całe lata. Wszyscy uważaliby, że postąpił podle, oddalając swoją ciężarną narzeczoną. On straciłby wszystko, ale Maryja byłaby ocalona. I kiedy Józef daje niewyobrażalny dowód swojej miłości do narzeczonej, przychodzi anioł i uspakaja go, że to Dziecko nie jest poczęte z grzechu, ale z Boga. Następne zdanie ewangelii św. Mateusza brzmi: Zbudziwszy się ze snu Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. Krótko i węzłowato: wziął ją do siebie. I Maryja na to pozwoliła. Wiedziała bowiem, że to nie jest jego zachcianka. Przedtem bowiem Józef udowodnił, że jest gotów oddać za Nią życie. Przedtem posłusznie wysłuchał polecenia Bożego. I dlatego był taki stanowczy. Wstał ze snu i wziął ją do siebie. W swój świat bezpieczeństwa. W wielu relacjach małżeńskich mężczyzna też pragnie wziąć kobietę do siebie, ale jakoś mu to nie wychodzi. Żona nie chce się na to zgodzić. Wynikają z tego kłótnie i spory, w których często padają słowa: nie będziesz mną rządzić! Mężczyzna wtedy często ucieka duchowo z takiego związku, kobieta pogrąża się w rozczarowaniu i goryczy, a oboje widzą w sobie dziesiątki wad. Proszę jednak pamiętać, że aby mieć taką męską skuteczną stanowczość jak Józef, wpierw trzeba być gotowym oddać życie za żonę i rozmawiać z samym Bogiem. I być jeszcze w pełni świadomym tego, że nie swoje zachcianki realizuje się w małżeństwie, ale polecenie Stwórcy: nie bój się wziąć do siebie swej małżonki. To może mężowi powiedzieć tylko Bóg: nie bój się. Wielu panom udało się jednak wmówić, że żarliwa pobożność, bliski kontakt ze Stwórcą, to nie jest męska sprawa. To raczej dotyczy starych kobiet i małych dzieci. I oni od Boga tych słów nie słyszą. Boją się wziąć małżonkę do siebie. Pozostają dużymi, nadąsanymi chłopcami, którzy mają tysiące wytłumaczeń dlaczego ich rodzina znajduje się w rozsypce.
Zdaję sobie sprawę, że dotykam tu powszechnego i kontrowersyjnego tematu: kto powinien rządzić w małżeństwie. Pozostańmy może przy porównaniu do profesji ochroniarza i zadajmy pytanie: kto jest najważniejszy w sytuacji, gdy prezydent kraju spotyka się z jakimiś gośćmi? Odpowiedź wydaje się prosta: oczywiście sam prezydent. Otóż tak i nie. Bo nad wszystkim czuwa jego ochrona. Oficer ochrony może rozkazać prezydentowi stanąć w tym a nie w innym miejscu. Może kazać mu się cofnąć, podejść do przodu. Może opóźnić spotkanie, skrócić je, przenieść do innej sali. W sytuacji krytycznej może nawet siłą usunąć prezydenta ze strefy zagrożenia. Ale wszystko to może uczynić w jednym celu: by ocalić mu życie. A kiedy trzeba, musi rzucić się na niego i zakryć go własnym ciałem. I w tym porównaniu można znaleźć odpowiedź na pytanie: kto w małżeństwie rządzi, a raczej kto i jak w nim ma służyć. To było przecież niesamowite, ale św. Józef po narodzeniu Chrystusa dyrygował samym Bogiem. Sam anioł mu to nakazał, gdy nadchodziło niebezpieczeństwo ze strony Heroda: Józefie, wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu. To niesamowite: Józefie weź Syna Bożego, weź Niepokalanie Poczętą. I Pismo dalej mówi: on wstał i wziął. A co na to Maryja i Jezus? Byli najszczęśliwsi przy mężnym Józefie. I dziś zapewne wiele kobiet byłoby szczęśliwych, nie musiało chodzić do psychologów, nie musiało uciekać w nieustanne narzekanie na swój los i szukać pomocy u podejrzanych uzdrowicieli, gdyby ich poślubieni ochroniarze byli, jak mówi Biblia o Józefie, prawymi ludźmi i mieli tę duchową moc, by zawsze na czas powstawać i brać w swój mocny, bezpieczny świat swoje żony i dzieci. Ale przypomnę jeszcze raz: Maryja wtedy, w Nazarecie, w Betlejem milczała, i nie stała się nauczycielką Józefa, nie pokazywała mu na każdym kroku co ma robić, nie komentowała jego poczynań. Powierzyła mu swój los w wielkiej ufności.
Mówię o tym wszystkim w ten świąteczny dzień, ponieważ Jezus narodził się, został przyjęty i ocalony przed grożącą Mu śmiercią, w przepięknej miłości tych świętych Małżonków. W ich wierze i posłuszeństwie. Dziś też Chrystus narodzi się tam, gdzie taka jest miłość rodzinna. Gdzie małżonkowie z pokorą zachowują w swoim związku Boży porządek. Tam gdzie dominuje pycha, zarozumiałość, wzajemne przepychanki, Jezusa skutecznie kamienują słowa ciągłych kłótni i nieustannego udowadniania, że całe zło to wina współmałżonka.
Dzisiejsza ewangelia mówi o Jezusie, że jest On Światłością prawdziwą, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Zbawiciel wszedł w związek Józefa i Maryi i w Jego światłości miłość ich rozbłysła niezwykłym pięknem. Św. Paweł w Liście do Koryntian mówi o Jezusie jako o tym, który rozjaśnia to, co w ciemnościach ukryte i ujawnia zamiary serc. Tym Jego światłem jest Boża miłość, która pochodzi nie z tego świata. Dla tych, którzy myślą po ziemsku jest ona oczywistym głupstwem. Gdy Chrystus słowami Apostoła narodów poucza żony, by były posłuszne mężom, a mężów, by służyli żonom, jak im Bóg przykazał – nawet oddając za nie życie – świat odczytuje to w kategoriach dominacji i przemocy. Wielu ludzi zachwyca się szopkami i kolędami sławiącymi świętych małżonków, ale woleliby może widzieć w nich jakiś wzór partnerskiego związku, gdzie wymienność ról jest stuprocentowa i może posunięta aż do pomysłu, że to Maryja broni Józefa i prowadzi osiołka, na którym jej mąż zmierza wygodnie do Egiptu.
Narodzenie Jezusa jest zapowiadane przez proroka Izajasza słowami: Mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło. Słowa te przywołują w mojej pamięci górską – może nieco ubarwioną przez pokolenia taterników – historię. Opowiada ona o dwóch zdobywcach tatrzańskich szczytów, których, gdy schodzili z wyprawy, zaskoczyła ciemna noc. Nie mając ze sobą żadnej latarki posuwali się ostrożnie, powoli, stawiając niepewnie krok po kroku. W pewnym momencie skalista ścieżka urywała się. Nie chcąc ryzykować obsunięcia się w przepaść, taternicy postanowili przenocować w górach. Obwiązali się więc linami i mocno przybili do skały. Gdy obudzili się rano, okazało się, że są przytwierdzeni do ściany górskiego schroniska. Ten obraz może nam jakoś uzmysłowić naszą obecną sytuację. Narodzenie Jezusa zapowiada nam Jego tryumfalny powrót w chwale, gdy Wcielony Syn Boży zajaśnieje nad okręgiem ziemi. I wtedy okaże się cała prawda o naszym życiu. Zapewne w blaskach Jego chwały, okaże się, że wielu ludzi mocno trzyma się Jezusa. Są jak owieczki, które pozwalały całe życie nieść się na Jego pasterskich ramionach. Ale będą i tacy, którzy mocno przybili się do swojego nowego samochodu, do klawiatury komputera, do ekranu telewizora czy suto zastawionego stołu. Będą tacy, którzy przywiązali się do swojego ulubionego słowa „ja”, do nieustannych mów krytykujących bliźnich, do ciągłego zwracania uwagi współmałżonkowi. To uczynili misją swojego życia, to ich buduje i napędza, temu poświęcają setki godzin. Czy prawda o tym, co w naszym życiu jest najważniejsze, objawi się dopiero na końcu świata? Nie. Można zobaczyć ją już dziś w świetle, które tak dyskretnie pada z betlejemskiej stajni. A jest to nic innego, jak promień światła Biblii stojącej na półce regału, promień eucharystii odprawianej w parafialnym kościele, promień słów, które możemy usłyszeć w konfesjonale. Już w tym świetle można zobaczyć w prawdzie siebie, swoje małżeństwo i swoją rodzinę. Tym Światłem, tym Słowem Prawdy, jest bowiem Zbawiciel, który nam się narodził. Tym ludziom, którzy Go przyjmują daje moc, by stali się dziećmi Bożymi. Daje moc na codzienne bycie chrześcijaninem, mężem, żoną, księdzem, siostrą zakonną. Daje moc, która jest większa od smutku, grzechu i wszelkich przeciwności.
Homilię ks. Piotra Pawlukiewicza można zapisać/wysłuchać: >>>
powrót na początek strony
strona główna
Pomoc na czacie "Samarytanka">>

autor: Briege McKenna
tytuł oryginału : Miracles Do Happen
wydawca: Wydawnictwo Księży Werbistów
Musicie zawsze powstawać!
Możecie rozerwać swoje fotografie i zniszczyć prezenty. Możecie podeptać swoje szczęśliwe wspomnienia i próbować dzielić to, co było dla dwojga. Możecie przeklinać Kościół i Boga.
Ale Jego potęga nie może nic uczynić przeciw waszej wolności. Bo jeżeli dobrowolnie prosiliście Go, by zobowiązał się z wami... On nie może was "rozwieść".
To zbyt trudne? A kto powiedział, że łatwo być
człowiekiem wolnym i odpowiedzialnym. Miłość się staje Jest miłością w marszu, chlebem codziennym.
Nie jest umeblowana mieszkaniem, ale domem do zbudowania i utrzymania, a często do remontu. Nie jest triumfalnym "TAK", ale jest mnóstwem "tak", które wypełniają życie, pośród mnóstwa "nie".
Człowiek jest słaby, ma prawo zbłądzić! Ale musi zawsze powstawać i zawsze iść. I nie wolno mu odebrać życia, które ofiarował drugiemu; ono stało się nim.
Michel Quoist
Jan Paweł II:
Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte". Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie — jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić — dla siebie i dla innych.
Dla tych, którzy kochają - propozycja wzoru odpowiedzi na pozew rozwodowy
W odpowiedzi na pozew wnoszę o oddalenie powództwa w całości i nie rozwiązywanie małżeństwa stron przez rozwód.
UZASADNIENIE
Pomimo trudności jakie nasz związek przechodził i przechodzi uważam, że nadal można go uratować. Małżeństwa nie zawiera się na chwilę i nie zrywa w momencie, gdy dzieje się coś niedobrego. Pragnę nadmienić, iż w przyszłości nie zamierzam się już z nikim innym wiązać. Podjąłem (podjęłam) bowiem decyzję, że będę z żoną (mężem) na zawsze i dołożę wszelkich starań, aby nasze małżeństwo przetrwało. Scalenie związku jest możliwe nawet wtedy, gdy tych dobrych uczuć w nas nie ma. Ale we mnie takie uczucia nadal są i bardzo kocham swoją małżonkę, pomimo, iż w chwili obecnej nie łączy nas więź fizyczna. Jednak wyrażam pragnienie ratowania Naszego małżeństwa i gotowy (gotowa) jestem podjąć trud jaki się z tym wiąże. Uważam, że przy odrobinie dobrej woli możemy odbudować dobrą relację miłości.
Dobro mojej żony (męża) jest dla mnie po Bogu najważniejsze. Przed Bogiem to bowiem ślubowałem (ślubowałam).
Moim zdaniem każdy związek ma swoje trudności, a nieporozumienia jakie wydarzyły się między nami nie są powodem, aby przekreślić nasze małżeństwo i rozbijać naszą rodzinę. Myślę, że każdy rozwód negatywnie wpływa nie tylko na współmałżonków, ale także na ich rodziny, dzieci i krzywdzi niepotrzebnie wiele bliskich sobie osób. Oddziaływuje również negatywnie na inne małżeństwa.
Z moją (moim) żoną (mężem) znaliśmy się długo przed zawarciem naszego małżeństwa i uważam, że był to wystarczający czas na wzajemne poznanie się. Po razem przeżytych "X" latach (jako para, narzeczeni i małżonkowie) żona (mąż) jest dla mnie zbyt ważną osobą, aby przekreślić większość wspólnie spędzonych lat. Według mnie w naszym związku nie wygasły więzi emocjonalne i duchowe. Podkreślam, iż nadal kocham żonę (męża) i pomimo, że oddaliliśmy się od siebie, chcę uratować nasze małżeństwo. Nawet najgorsze da się przecież naprawić, a ja wyrażam wolę i chęć naprawy, jeśli tylko moja (mój) żona (mąż) umożliwi mi taką szansę.
Orzeczenie rozwodu spowodowałoby, że ucierpiałoby dobro wspólnych małoletnich dzieci stron oraz byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Dzieci potrzebują stabilnego emocjonalnego kontaktu z obojgiem rodziców oraz podejmowania przez obie strony wszelkich starań, by zaspokoić potrzeby rodziny. Rozwód grozi osłabieniem lub zerwaniem więzi emocjonalnej dzieci z rodzicem zamieszkującym poza rodziną. Rozwód stron wpłynie także niekorzystnie na ich rozwój intelektualny, społeczny, psychiczny i duchowy, obniży ich status materialny i będzie usankcjonowaniem niepoważnego traktowania instytucji rodziny.
Wysoki Sądzie, proszę o danie nam szansy na uratowanie naszego małżeństwa. Uważam, ze każda rodzina, w tym i nasza, na to zasługuje. Nie zmienię zdania w tej ważnej sprawie, bo wtedy będę niewiarygodny w każdej innej. Brak wyrażenia mojej zgody na rozwód nie wskazuje na to, iż kierują mną złe emocje tj. złość czy złośliwość. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie zmuszę żony (męża) do miłości. Rozumiem, że moja odmowa komplikuje sytuację, ale tak czuję, takie są moje przekonania religijne i to dyktuje mi serce.
Bardzo kocham moją (mojego) żonę (męża) i w związku z powyższym wnoszę jak na wstępie.
powrót na początek strony
strona główna
|